Raport_05 z pokładu Ewy 3 – 18 czerwca 2018.

     Ciąg dalszy (i ostatni) po bardzo długiej przerwie; aktualnie cumujemy w De Rijp w krainie polderów z XVII w (Holandia Północna).

Po pokonaniu działu wodnego między Sambrą (Mozą) i Skaldą znaleźliśmy się w połowie kanału Kanał Charleroi – Bruksela; kilka słów o nim.

     Budowa kanału w celu transportu węgla z zagłębia Charleroi (dolina Sambry) do miast położonych w dorzeczu Skaldy (Bruksela, Gandawa, Antwerpia,...) była rozważana przez Habsburgów Hiszpańskich i Austriackich w latach 1570 – 1784; opracowano 7 projektów, nie podejmując prób ich realizacji; kolejny projekt (1801) opracowany z polecenia Napoleona Bonaparte nie został zatwierdzony z powodu kosztów.

     Do tematu powrócono po utworzeniu (1815) Zjednoczonej Republiki Niderlandów, zlecając opracowanie projektu Jean-Baptiste Vifquain (1789 – 1854), który zatwierdzono (1826). Kanał łączący Dampremy (nad Sambrą) z centrum Brukseli zbudowano (1827 – 1832) pod nadzorem projektanta; miał on długość 80 km (55 śluz oraz tunel 1200 m pod działem wodnym między dorzeczem Sambry i Skaldy); był dostępny dla barek 70 t; kolejne przebudowy (1854 – 1857 / 1948-1968) zwiększały tonaż do 800 / 1350 t i zmniejszały liczbę śluz.

     W latach (1962 – 1968) zbudowano podnośnię (pochylnię) statków w Ronquières; statek wpływa do stalowego basenu (91 x 12 m) o łącznej masie 5500 t poruszającego się po szynach na 236 kołach; zestaw jest połączony, przez kabestany (napędzane silnikami elektrycznymi), ośmioma linami (o średnicy 55 mm) z przeciwwagą (o podobnej masie) poruszającą się w tak sam sposób (w przeciwnym kierunku); pokonuje on różnicę wysokości 67,7 m (na odległości 1432 m) w ciągu 22 min. ; pochylnia składa się z dwóch niezależnych zestawów; po jej zbudowaniu długość kanału zmalała do 68,2 km (10 śluz).

    Dalej były 3 dni w Brukseli (cumowaliśmy w Brukselskim Królewskim Jachtklubie !!!!; określiłem ją jako hydro – melina króla ale to jedyny port w stolicy Belgii); mimo prób Premiera Tuska nie namierzyliśmy (Ewa nie lubi rano wstawać); zwiedziliśmy co trzeba walcząc z koszmarnym upałem. Potem dotarliśmy do Antwerpii; dwudniowa eksploracja – główny temat to Rubens (miasto rodzinne i zachowany dom w którym namalował połowę swoich dzieł). Wróciliśmy do Holandii. Kolejnym celem była Breda z nurtem polskim; oto kilka słów.

     Breda w XI w była lennem Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego; w wyniku kilku sprzedaży i małżeństwa przeszła (1403) w ręce rodu Orange – Nassau aby stać się (XVII w) własnością Wilhelma I Orańskiego; po uzyskaniu praw miejskich (1252) została otoczona murami, rozbudowanymi (1534) przez Henryka III Nassau; rozwój miasta przerwał pożar (1534) niszcząc 2/3 domów. W latach 1581 – 1637 („wojna „80 – letnia”) miasto było 2 – krotnie zdobywane przez Hiszpanów, a następnie odbijane przez Holendrów („Poddanie Bredy” w roku 1625 „uwiecznił” Diego Velásquez na słynnym obrazie; obecnie w Muzeum Prado w Madrycie); na mocy Pokoju Westfalskiego (1648) zostało definitywnie przyłączone do Republiki Zjednoczonych Prowincji. W końcowej fazie II Wojny Światowej miasto znalazło się na szlaku bojowym I Dywizji Pancernej dowodzonej przez gen. Stanisława Maczka; Dywizja sformowana (1942) w Szkocji była największą jednostką Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie; przerzucona do Normandii brała udział w rozbiciu Niemców pod Falaise (7 – 22.08.1944) a następnie ścigając ich przez Francję, Belgię i Holandię dotarła do Niemiec, gdzie przyjęła kapitulację (5.05.1945) Wilhelmshafen - bazy Kriegsmarine. I DP wyzwoliła Bredę (29.10.1944) po złożonej operacji (maksymalnie oszczędzającej miasto) czym zyskała wdzięczność mieszkańców; żołnierzy polskich witały plakaty „Dziękujemy Wam Polacy” (po polsku); zarząd miasta uhonorował ich Srebrnym Medalem Miasta Bredy i Honorowym Obywatelstwem Miasta Bredy (to raczej rzadki przypadek manifestowania wdzięczności); wielu z nich (szczególnie pochodzących z Kresów) osiedliło się w Bredzie; jest to nadal duże skupisko Polonii. Gen. Stanisław Maczek otrzymał, na wniosek mieszkańców Bredy, honorowe obywatelstwo Holandii; po śmierci (1994) spoczął na cmentarzu żołnierzy I DP w Bredzie. Oczywiście zapaliliśmy znicze na „Polskim Cmentarzu” (bardzo dobrze utrzymanym).

     Dalej przez 's Hertogenbosch, Woudrichem dotarliśmy do Utrechtu; tu o carillonach z motywem polskim.

Carillon to perkusyjny instrument muzyczny zbudowany ze .... strojonych dzwonów (23 – 50 obejmujących 2 – 4 oktawy); „klosze” dzwonów pozostają nieruchome; dźwięk powstaje w wyniku uderzenia o klosze „serc” połączonych linkami (drutami) z rodzajem „klawiatury” - kołkami uderzanymi pięściami i stopami muzyka. Instrument powstał we Flandrii (1510 - pierwsza pisemna wzmianka) jednak jego „karierę” zapoczątkowali ludwisarze – Pieter (1609 – 1667) i François (1619 – 1680) Hemony, którzy pod kierunkiem Jacoba van Eyck (1590 – 1657) – muzyka i kompozytora, opracowali metodę strojenia dzwonów (!), co umożliwiło „czyste” granie złożonych melodii. Pierwszy „strojony” carillon powstał (1642) na zamówienie władz Zutphen (Geldria); łącznie zbudowali oni 50 (!) instrumentów; kilkanaście działa nadal (Antwerpia, Utrecht, Haarlem, Antwerpia, Gandawa,...). Carillon (umieszczony na beffroi lub wieży kościelnej) był i pozostał symbolem rangi miasta i powodem dumy mieszkańców; w Europie są 322 instrumenty (Holandia – 182, Belgia – 89, Dania – 23, Północna Francja – 15; .... Polska – 3). Niektóre miasta zatrudniają (nawet od XVII w) „na etacie” carillonistę (niderl. beiaardier) grającego 1 – 2 koncerty tygodniowo; w sezonie „turystycznym” odbywa się kilka festiwali. Już w XVI w budowano mechanizmy umożliwiające odtwarzanie krótkich, prostych melodii; był to obracający się bęben z otworami w które wkładano kołki (ich konfiguracja koduje melodię) uderzające w „klawiaturę”; są one nadal w użyciu i „wygrywają” melodie (co 15 – 60 min) w wielu miastach. Utrecht od XVII w zatrudnia (drogą konkursu) „etatowo” carillonistę; obecnie jest nim (od roku 2011) gdańszczanka – Małgorzata Fiebig (17 z kolei i pierwsza kobieta); oczywiście tak „celowaliśmy” aby wysłuchać godzinnego koncertu w jej wykonaniu (gra w piątki i soboty). Dalej przez Amsterdam dotarliśmy do Holandii Północnej – krainy polderów i wiatraków; o tym opowiemy osobiście po powrocie; obecnie relaksujemy się w De Rijp (zachowane miasteczko XVI – XVII wieczne i kameralny port klubowy z dobrym internetem) czekając na transport powrotny; do zobaczenia.

Pozdrowienia wszystkim, którzy nas lubią.